GORE-TEX® TRANSALPINE-RUN: TO CO ZOSTAJE W PAMIĘCI

Każde zawody dostar­cza­ją pewnych emocji, wrażeń…A im dłużej trwa­ją, tym więcęj w pamię­ci pozosta­je. 274 km po Alpach podzielone na 8 etapów w ciągu 8 dni to wystar­cza­ją­co dłu­gi dys­tans i czas, aby tych wrażeń zebrał się cały kosz.

Może się to wydawać dzi­wne, ale ja już wcale nie pamię­tam pięknych alpe­js­kich kra­jo­brazów, choć niek­tóre naprawdę zapier­ały dech w płu­cach. To, do czego nato­mi­ast wracam cią­gle jeszcze myśla­mi, to krótkie momen­ty, jakieś powiedze­nie, napotkani ludzie, obrazy, sma­ki, wszys­tko to co pomogło mi dobiec do mety 7go Gore-tex Transalpine-Run.

 

Arbuzy i bulion

Arbuzy obec­ne były na więk­szoś­ci punk­tów żywieniowych. Ze szczegól­nym utęsknie­niem czekałam na nie pod­czas 1go i 2go eta­pu, kiedy żar lał się z nie­ba, a mój przełyk nie przyj­mował już ani napo­ji izo­ton­icznych, ani coli ani nawet wody. Bulion nato­mi­ast to zwycięz­ca etapów wysokogórs­kich. Najlep­szy pod słońcem posiłek ener­gety­czny i do tego ciepły! Ide­al­ny sub­sty­tut batonów, gdy  żołądek mówi NIE.

 

Anioły jura­jskie

Ricar­da i Niels — przeu­rocza para najezd­nych Szwa­j­carów niemieck­iego pochodzenia . Po raz pier­wszy zobaczyłam ich pod­czas zawodów Zugspitz Ultra­trail w czer­w­cu i już wtedy zwró­cili moją uwagę, choć­by  z tego powodu, że oby­d­wo­je od stóp do głów ubrani byli na turku­sowo i oby­d­wo­je w spód­niczkach. Pod­czas TAR prefer­owali podob­ny styl w modzie, czym z sukce­sem przykuwali uwagę wszys­t­kich oper­a­torów kamer i aparatów. Jak najbardziej zasłuże­nie wygrali też konkurs na najbardziej rzu­ca­ją­cy się w oczy zespół. Dla mnie byli przede wszys­tkim parą niesamowicie pogod­nych ludzi, czer­pią­cych wielką radość z bie­ga­nia i dzielą­cych sie nią z innymi.

 

Pani z dzwonkiem

Moty­wa­tor­ka numer 1 na trasie. Obec­na pod­czas każdego eta­pu i pojaw­ia­ją­ca się w najbardziej nieoczeki­wanych momen­tach. Dzwięk jej dzwon­ka, a właś­ci­wie dzwonu w rodza­ju tych, jakie krowy alpe­jskie mają uwiązane do szyji, był jak zas­trzyk dodatkowej energii. No i te okrzy­ki… Niezapomniane!

 

Luu mol loo

po saar­landzku znaczy ‘spójrz tam’. To moje pier­wsze i chy­ba ostat­nie słowa, jakich nauczyłam się w tym lokalnym narzeczu ludzi zamieszku­ją­cych mały region w zachod­nich Niem­czech. ‘Luu mol loo’ zasłysza­łam pod­czas roz­mowy Chris­tiana, mojego part­nera, ze swoim ziomkiem saar­landzkim, gdy więk­szą ekipą 3 lub 4 zespołów pokony­wal­iśmy 1200m w pio­nie do Futschöl­pass (2768m). Tak mi zostało w pamię­ci, że potem, pod­czas cięż­kich chwil na trasie pow­tarza­łam je jak litanię, a na ostat­nim etapie ze Schruns do Latsch, gdy do nadro­bi­enia mieliśmy 3,5 min aby wskoczyć na piątą pozy­cję, Chris­t­ian użył je jako dopin­gu. I podziałało! :)

 

Kino

Cowiec­zorny, poo­bied­ni pokaz zdjęć i fil­mu z właśnie zakońc­zonego eta­pu. Dla mnie był to czas reflek­sji, odpręże­nia i śmiechu. Spo­jrzenia na twarze ludzi, którzy bieg­ną co dnia ta samą trasę, a których przez te 274km moż­na nawet nie spotkać. To niesamowite, ile aparat może uchwycić…był śmiech, zmęcze­nie, ból, zaskocze­nie radość, niepewność, a wszys­tko to na tle pieknych kra­jo­brazów, które cza­sa­mi mogły umknąć uwa­gi, gdy oczy przysła­ni­ał pot i zmęczenie.