Poznańskie Wertepy

Dopiero co wró­ciłem z dwu­miesięcznej wyprawy. Kil­ka kilo­gramów chud­szy i bez nad­mi­aru energii postanow­iłem wys­tar­tować w rajdzie przy­godowym Wertepy Trail.pl. Właś­ci­wie grzech był­by nie wys­tar­tować, bo zawody są raptem pod Poz­naniem. W dodatku rajdów w tym roku jak na lekarst­wo, więc tak naprawdę nie było wyjś­cia i musi­ałem zdjąć pajęczyny z roweru.

Trasy są w grun­cie rzeczy dwie i trzy kat­e­gorie. Star­tu­je­my wiado­mo w dłuższej, ale w dwójkowym zes­pole razem z Aga. Nie ma za bard­zo cza­su na szy­bkie stworze­nie czteroosobowego zespołu, ale zgod­nie stwierdza­my, że prze­cież może­my się i tak z czwórka­mi ścią­gać sko­ro trasa ta sama. Jakoś przy tym stwierdze­niu nie przyszło mi do głowy, że prze­cież mój row­er stoi nie ruszany od 3,5 miesią­ca na balkonie (byna­jm­niej na innym nie jeźdz­iłem), nie bie­gałem od dwóch (cho­ci­aż fak­ty­cznie chodz­iłem po górach) a na rolkach byłem tylko na rajdzie On-Sight i prze­jechałem się 2 razy dookoła Malty (na Wertepach Remik zaplanował 50km etap rolkowy). Jed­nym słowem do zawodów jestem gorzej niż nieprzygotowany.

Pozosta­je mi wys­tar­tować z nastaw­ie­niem „co będzie to będzie”
W piątek, czyli dzień zawodów, ser­wisu­je­my row­ery. Mój doprowadzam po pros­tu do stanu uży­wal­noś­ci. Robimy jakieś szy­bkie zakupy i wiec­zorem w bazie. Dęt­ki i kom­pas poży­cza­my, bo nie da się prze­cież o wszys­tkim pamię­tać. Baza harcer­s­ka w Imiołkach nad jeziorem Led­nickim jest bard­zo kli­maty­cz­na. Do naszej dys­pozy­cji są dom­ki zuchów (i ich malutkie krze­seł­ka), na środ­ku placu pali się ognisko, a Remik Nowak chodzi i opowia­da jaką wspani­ałą trasę dla nas przy­go­tował. Pros­ta naw­igac­ja, zero piachu, row­er to na pewno wyjdzie 30km/h śred­nia, całość moż­na prze­jść bez zamoczenia nawet podeszwy buta.

Tu należy wspom­nieć, że na poprzed­nich Wertepach niek­tórym udawało się nie zamoczyć głowy. Ogól­nie opis brzmi­ał co najm­niej pode­jrzanie. O 23 dosta­je­my mapy, start równi­utko o 24 (trasa Open star­towała następ­nego dnia). Z mapy wyni­ka, że jadąc na rolkach (bo moż­na też biec) wyjdzie 170km. Według Remi­ka, przewidy­wany czas zwycięskiego zespołu to 13–14h. Trochę się nie może­my zor­ga­ni­zować i na star­cie sta­je­my zaraz przed 24. Ponieważ najczęś­ciej zdarza mi się popeł­ni­ać błędy w naw­igacji na początku postanaw­iamy bacznie obser­wować posunię­cia fawory­tów, czyli połąc­zonych sił tea­mu 360 i Code 34.

Jak na fawory­tów przys­tało już na pier­wszy punkt obier­a­ją zły wari­ant tracąc kil­ka min­ut. My jak te barany pojechal­iśmy za nimi po kilku kilo­metrowej piaszczys­tej drodze, którą moż­na było objechać asfal­tem. Różni­ca jest taka, że oni przy­cis­ną na row­erze i odro­bią stratę, a ja wyle­wam z siebie siódme poty próbu­jąc utrzy­mać tem­po Agi, a i tak zajeżdżamy na punkt już 15 min­ut w ple­cy. Potem jest już tylko gorzej. 30 kilo­metrów na row­erze w dobrym tem­pie to jest na dzień dzisiejszy mój maks. Potem cho­ci­aż pedału­je jak dzi­ki osioł i zagryzam zęby to i tak oglą­dam Age która bez trzy­man­ki jedzie daleko z przo­du i spoglą­da na zegarek. Żena­da po pros­tu. Po drodze jeden z punk­tów zna­j­du­je się na skarpie przy rzece-bag­nisku. W okol­i­cy bie­ga już kilka­naś­cie zespołów próbu­jąc go zlokali­zować w środ­ku nocy. Ktoś tam krzyknął, że jest więc cała wata­ha ruszyła i go pod­biła. Ja w tym cza­sie byłem po drugiej stron­ie rze­ki i nie świadomie poszedłem „na skró­ty” które okaza­ły się trzci­na­mi wysoki­mi na 3 metry i bag­no po kolana. Jed­nak zamoczyłem trochę więcej niż podeszwy. Kole­jne min­u­ty do tyłu. Już dawno zacząłem czuć tyłek, który w tym momen­cie boli mnie tak bard­zo, że nie mogę się skupić na naw­igacji. Do tego odcinek po torach kole­jowych wcale nie poma­ga. Staram się stawać jak najwięcej na pedałach co kończy się gle­bą na tory i obity­mi goleniami.

Pier­wszy przepak, raptem 60km od star­tu a my jesteśmy na 6 pozy­cji w kat­e­gorii profi ze stratą kilku­nas­tu min­ut do następ­nego zespołu (sic!) i oczy­wiś­cie wszyscy mas­ter­si przed nami. No, ale na szczęś­cie ter­az bieg­niemy. Ciśniemy moc­nym tem­pem i 8km BnO robimy wzorowo oprócz ostat­niego punk­tu na którym kil­ka min­ut kręcimy się w kółko. Na kole­jny row­er rusza­my na 4 pozy­cji razem z zespołem Nav­i­ga­to­ria z trasy mas­ters. Niby tylko 30km roweru, ale jestem na lim­i­cie. Tyłek, ter­az to już musze napisać, DUPA to mnie tak boli, że kosz­mar. Nawet na chwile nie mogę utrzy­mać się „na kole” Agi. Jest już jas­no więc cho­ci­aż na naw­igacji nie muszę się tak sku­pi­ać. Jakoś dociągam do przepaku, ale wzięła nas jed­na dwój­ka i mas­ter­si odjechali. Spotkaliśmy tylko ostro wkur­zonego Michała Jędroszkowia­ka z tea­mu Inov‑8, który gdzieś zapodzi­ał resztę zespołu. Szy­b­ka buł­ka z kur­cza­kiem, banan, batony, izo­tonik, zakładamy rol­ki i jakimś cud­em na trze­ciej pozy­cji rusza­my na trasę. Aga oczy­wiś­cie z przo­du robi „tunel”.

Po kilku kilo­me­tra­ch spo­tykamy jadą­cy w prze­ci­wną stronę zespół Lurbel i nie daleko za nimi pier­wszy team z kat­e­gorii Profi zespół Mod‑x. Wyglą­da, że ostro napier­a­ją na rolkach. W głowie liczę sobie, że mają przy­na­jm­niej 40min przewa­gi, czyli nie ma szans żeby ich dogo­nić. W drodze do pier­wszego punk­tu rolkowego mijamy dru­gi team. Tutaj włącza nam się światełko i zgod­nie stwierdza­my „łykamy ich!”. Aga zan­im łyknęła to zal­icza gle­bę i z sini­aka­mi ciśniemy dalej. Etap rolkowy jest super! Asfalt w więk­szoś­ci jak masełko, kil­ka odcinków moż­na skró­cić biegiem i do tego dwa zada­nia spec­jalne. Na zjeździe na moś­cie doga­ni­amy dru­gi team z Profi i Naw­iga­to­rie z Mas­ters. Z nową energią rusza­my dalej. Drugie zadanie spec­jalne to przeprawa przez jezioro. Jed­na oso­ba na pon­tonie dru­ga wpław. Tutaj też nie ma zaskoczenia i Aga płynie sobie kraulem, a ja próbu­ję dogo­nić ją na pon­tonie. Mimo­cho­dem pytam jak daleko przed nami są lid­erzy Profi. Okazu­je się, że dopiero co skończyli zadanie! Patrzymy na siebie i znowu dochodz­imy do tego samego wniosku… „łykamy ich”. Bierze­my rol­ki pod pachę i bieg­niemy. Po 2–3km dob­ie­gamy do asfal­tu i zas­ta­je­my chy­ba zaskoc­zony zespół mod‑X. Obier­amy tak­tykę „uda­je­my, że wcale nie jesteśmy zmęczeni” i mijamy ich po kilu kilo­me­tra­ch jazdy. Najwyraźniej tak­ty­ka zadzi­ałała, bo cały czas się odd­alamy. Na prze­dostat­nim punkcie rolkowym widz­imy zespół Lurbel. Tym razem z „łyknię­ciem” może być prob­lem, bo mają jakieś 15 min­ut przewa­gi, ale i tak Aga włącza pią­ty bieg. Ja, że posi­adam tylko 4 przełoże­nia to zosta­je znowu w tyle;) Dojeżdżamy do bazy, zostały nam dwa krótkie etapy: kajak i BnO. Team 360 code34 już dawno na mecie, a my gonimy trze­ci zespół mas­ters. Pier­wszy raz płyniemy na kajaku razem, ale jakoś nam idzie. Nie może­my znaleźć pier­wszego punk­tu w trzcinie więc płyniemy na kole­jny i wracamy potem. Trochę to źle roze­gral­iśmy także już niko­go nie dogo­nimy, ale wal­czyć trze­ba do koń­ca. Bieg na ori­en­tację prze­b­ie­gamy bez błędów i po 15h i ??? min­u­tach wbie­gamy a metę jako pier­wszy zespół w kat­e­gorii Profi. Dla mnie było to bard­zo ciężko wywal­czone zwycięst­wo, zresztą pier­wsze w mojej kari­erze w raj­dach przy­godowych. Dla Agi było to raczej popołud­niowa wycieczka…
Zawody zor­ga­ni­zowane super i etap rolkowy na pewno wyz­naczył nowe stan­dardy na rajdach.

Dzię­ki ogromne dla orgów i wolon­tar­iuszy. Remik bezbłęd­nie przewidzi­ał czas pier­wszego zespołu mas­ters i pewnie gdy­by nie błędy w naw­igacji to może nawet sprawdz­ił by się opis jego trasy.

Pod­sumowu­jąc nasz wys­tęp to cieszę się, że wal­czyliśmy do koń­ca, ale niezły obci­ach, że przyjąłem rolę dziew­czyny w zes­pole. Cza­sem trze­ba robić coś wbrew naturze, żeby osiągnąć sukces;)