WŁÓCZYKIJ 2012

Tekst: Darek Pośled­nik, zdję­cia: Paweł Górczyński

Pier­wszy raz jest najważniejszy.

Bo nie wiesz co Cie czeka, bo może być fajniej niż myślisz, bo … ?
Pier­wszy raz trze­ba udoku­men­tować – ku prze­strodze, albo ku chwale.

Wyjazd na Włóczyk­i­ja 2012 dla całej 6‑osobowej grupy (Syl­wia, Bogu­sia, Bea­ta, Paweł, Patryk i ja) miał być debi­utem w biegu na 50km na ori­en­tację. Co praw­da Paweł i Bogu­sia zapoz­nali się z okolicą w zeszłorocznej edy­cji – ale trasę pokon­ali turysty­cznie i mieli dużą ochotę się ode­grać. Piszę o nas jak o debi­u­tan­tach, bo jesteśmy „praw­ie” ori­en­tal­is­ta­mi , a „praw­ie” oznacza dużą różnicę. Jak dużą pokazał nam w tere­nie Remik, ale do rzeczy … .

Pojechal­iśmy na Włóczyk­i­ja więk­szą grupą zde­cy­dowani, że zaczy­namy i kończymy razem. Cele były dwa, prze­biec całość – w miarę możli­woś­ci bez prze­chodzenia do marszu – oraz zła­pać doświad­cze­nie w ori­en­tacji z mapą. Mieliśmy za sobą dużo zimowych wyb­ie­gań z Remikiem na 25–30km, pokony­wanych z mapą po zadanej trasie. Ter­az mieliśmy sprawdz­ić to, czego się nauczyliśmy na rajdzie.

Gryfi­no przy­witało nas rewela­cyjną pogodą do bie­ga­nia. Dobrych humorów nie pop­suł nam nawet jeden z orga­ni­za­torów, który spraw­iał wraże­nie jak­byśmy byli intruza­mi . Wys­zliśmy jed­nak z założe­nia, że liczy się głównie sama trasa i towarzystwo.

Przy­go­towa­nia do biegu i długie omaw­ian­ie kole­jnych wari­antów ubran­iowych i żywieniowych zakończyły się inter­wencją Remi­ka, który zro­bił przegląd ple­caków i skutecznie je odchudz­ił. Na trasie łat­wo moż­na było podzielić star­tu­ją­cych na lekko ubranych „bie­gaczy” i nastaw­ionych na dłuższe napieranie „turys­tów”. Ja wys­tar­towałem ostate­cznie w zestaw­ie: spod­nie i kurt­ka Dob­som R‑90 + koszul­ka odd­y­cha­ją­ca z krótkim rękawem + buff + XA Pro 3D. Jak się okaza­ło na trasie wybór był ide­al­ny (bezdeszc­zowo, temp 0–5°). Do ple­ca­ka trafiły jeszcze rękaw­icz­ki, zapa­sowe skar­pet­ki, NRC, mały zestaw apteczny oraz 1,5 litra izo­toni­ka, włas­noręcznie robione batony (płat­ki owsiane+daktyle+żurawina+migdały+miód), orzesz­ki, kabanosy i żele.

No to w trasę !

Start zaczęliśmy od małego fal­star­tu na PK11 (Sen mrów­ki), bo ambit­nie zach­ci­ało nam się zal­iczyć pier­wszy punkt samodziel­nie (bez naw­iga­to­ra czyli Remi­ka). Gen­er­al­nie nas poniosło — miał być prosty prze­bieg, ale … nie wyszło.

Pobiegliśmy za paro­ma osoba­mi na skrót przez łąkę bo wydawało się, że w ten sposób będzie szy­b­ciej. Nie było. Oni wiedzieli dokąd bieg­ną, a my … no cóż — skończyło się na małym zamę­cie w szeregach.

W końcu dotar­liśmy do pier­wszego PK na którym … już czekał Remik ( a miało być odwrotnie!).

Remik, porus­zony naszą niepo­rad­noś­cią (podob­no widzi­ał przed nami oso­by na wózkach … ?), postanow­ił nadro­bić stratę i prze­jął naw­igację … WTEDY SIĘ ZACZĘŁO !

Dosyć szy­bko się okaza­ło że jed­noczes­ny bieg i pró­by łapa­nia kole­jnych punk­tów ori­en­ta­cyjnych nie należą do najłatwiejszych zadań (delikat­nie rzecz ujmu­jąc). Tym bardziej, że Remik dużo opowiadał o tym, na co zwracać uwagę w trak­cie biegu – tu podziel­ność uwa­gi się kończyła.

Spoko­jną anal­izę trasy trze­ba było sobie zostaw­ić na później. Tym bardziej, że po chwili wbiegliśmy w las. Kole­jne punk­ty to duża lekc­ja ori­en­teeringu. Remik wyprowadzał nas na punk­ty, a nam pozostawała już sama zabawa ze znalezie­niem lam­pi­onów. Każdy kole­jny punkt oznaczał, poza bie­ganiem, intere­su­jące intelek­tu­alne wyzwanie. Na PK włącza­l­iśmy dla odmi­any szare komór­ki i zas­tanaw­ial­iśmy się co oznacza­ją nazwy kole­jnych punk­tów (Między­wodzie, Jak żyć czy Zakopiec)

 Między PK14 (Zako­piec) a PK12 (Tu brzoza tam sos­na) ktoś wyłączył światło i tak już miało być do koń­ca. Ten prze­bieg dłu­go pozostanie w naszej pamię­ci. Zresztą nie tylko naszej, bo pod nasz pociąg pod­pięło się kil­ka osób, którym już po chwili naw­igowa­nia przez Remi­ka nie pozostało nic innego jak wiara, że przy­na­jm­niej on wie gdzie jesteśmy. Ten prze­bieg moż­na potrak­tować jako odcinek spec­jal­ny, bo prze­chodze­nie przez dzi­ury w ogrodzeni­ach, pokony­wanie ich górą (3–4m wysokoś­ci), skakanie przez rowy i mała siłowa zaprawa przez „coś” czego nazwanie błotem było­by obrazą – to wszys­tko raczej nie kojarzyło mi się z bie­ganiem. Na pewno dodało to „kolory­tu”. Na łąkę z ukry­tym PK12 wpadliśmy razem, po chwili dołączyli inni i to było chy­ba ostat­nie miejsce gdzie spotkaliśmy tłum.

Dalej było już zde­cy­dowanie bardziej kam­er­al­nie. Odcinek między PK12 a PK15 (Trójkąt Ognic­ki) zachę­cał do samodziel­nej naw­igacji (dro­ga grun­towa do wsi i krót­ki prze­bieg po asfal­cie). Miało być pięknie bo mieliśmy dobiec asfal­tem do grani­cy lasu, potem zła­pać ścieżkę na północ, ale … Remik w połowie chy­ba się znudz­ił rozg­ni­ataniem asfal­tu i padły trady­cyjne słowa „tu skrę­camy” (pod­powiem, że w tym miejs­cu nie było byna­jm­niej żad­nej ścież­ki). To jak znaleźliśmy PK15 pozostanie dla mnie tajem­nicą – po chwili lawirowa­nia pomiędzy górka­mi i paru skrę­tach wychodz­imy na ścieżkę. Kon­trolne sprawdze­nie słup­ka odd­zi­ałowego i już wiem, że idziemy pros­to na punkt. Dodam, że w między­cza­sie zgu­bil­iśmy parę osób, które wybrały inną trasę. Prze­bieg do PK17 (Nad­staw­nia) zakończył się reto­rycznym pytaniem Remi­ka, czy czu­je­my że w powi­etrzu zwięk­szyła się wilgo­t­ność i że spadła trochę tem­per­atu­ra – to było prze­cież takie oczy­wiste, że zbliżamy się do stawu przy PK…! Bez komentarza.

Na PS23 zal­iczyliśmy najwięk­sze prob­le­my ori­en­ta­cyjne na tym rajdzie, kiedy nie mogliśmy znaleźć wejś­cia do szkoły. Sam Punk­t­Stop zal­iczyliśmy w tem­pie ekspre­sowym, wychodząc z założe­nia że dłuższa prz­er­wa tylko nas rozleni­wi. Parę łyżek żurku, uzu­pełnie­nie płynów, wywiady, zdję­cia i w drogę. Ter­az już z górki.

Dru­ga część trasy była zde­cy­dowanie bardziej biegowa i łatwiejsza w ori­en­tacji. Długie przelo­ty przez pola zal­icza­l­iśmy po dro­gach grun­towych, wychodząc  z założe­nia, że za dużo stracimy bie­ga­jąc na azy­mut przez błot­niste pola. Poza PK16, którego klasy­czne zal­icze­nie po ścieżkach wybił nam z głowy Remik rzu­ca­jąc sakra­men­talne „tutaj skręcimy”, na kole­jne PK18 i PK19 wys­zliśmy samodziel­nie – na otwartej przestrzeni łatwiej było kon­trolować układ ścieżek, topografię czy np. lin­ie ener­gety­czne. Nau­ka aż tak nie poszła w las (bo w lesie się raczej gubiła). Z dwóch wari­antów dro­gi z PK19 (po torach, albo lasem) – wybier­amy … las.

Kole­jny punkt PK22 to kawał his­torii, dosłown­ie i w przenośni. „Dąbrows­ki w Świer­ad­owie” schował się na tyle skutecznie, że dłu­go oglą­dal­iśmy każde drze­wo na styku lasu świerkowego i dębowego. Niby się wszys­tko zgadza­ło, ale … ostate­cznie okaza­ło się, że Dąbrows­ki tylko oglą­dał świer­ki, a sam siedzi­ał ład­nych parę metrów dalej. Dalej szy­b­ki przelot na PK25 Miss gór­ka. Zosta­je około 10km do mety. Szy­b­ka decyz­ja o doład­owa­niu żelem i rusza­my. Po małych kom­p­likac­jach wypadamy w końcu na drogę asfal­tową, która docelowo zaprowadzi nas do Gryfina.

Po drodze pozosta­je ostat­ni punkt PK21 – chy­ba naj­fa­jniejszy na całej trasie. Ile zajęło­by znalezie­nie go, gdy­bym był sam – kto wie ? W każdym bądź razie Remik krzyknął sakra­men­talne „tu s…y”  i po chwili ktoś znalazł lam­pi­on. „Korzeniows­ki na krawędzi” był, tylko że patrzył na nas bezczel­nie nie z tej strony krawędzi małego wąwozu – nie pozostało nic innego jak sprawdz­ić swój błęd­nik i prze­spacerować się na dru­ga stronę po zwalonym pniu, będą­cym przedłuże­niem Korzeniowskiego.

Wyb­ie­ga­jąc na asfalt mijamy zawod­ników, którzy bieg­ną szukać Korzenia.

Do mety zosta­je ok. 8km i MYŚL – „nikt nas ter­az nie może wyprzedzić”.

Rusza­my „ostro” i okazu­je się że pomi­mo pon­ad 45km za sobą, każdy zna­j­du­je w sobie jeszcze zapas sił, żeby przyspieszyć. O ostat­nim asfal­towym odcinku nie napiszę nic dobrego poza tym, że był ostat­ni. Dob­ie­ga­jąc do prze­jaz­du kole­jowego patrzymy jeszcze z lekkim napię­ciem, czy przy­pad­kiem ktoś nie chce nam zro­bić psikusa i zamknąć zapór (konkurenc­ja gdzieś się cza­iła za plecami).

Nic się nie dzieje i po dłuższej chwili grupowo wpadamy na metę.

Ostate­cznie zaj­mu­je­my 11 miejsce, w sum­ie prze­b­ie­ga­jąc ok. 54km w cza­sie 7h:40min.
Przy pełnej świado­moś­ci, że bez b.dobrego naw­iga­to­ra jeszcze dłu­go wal­czylibyśmy na trasie.

Dzię­ki Remik!

Mały masaż, roz­cią­ganie, oszczęd­noś­ciowa por­c­ja zupy pomi­dorowej i star­tu­je­my do Poznania.

W sum­ie impreza rewela­cyj­na. Bieg poko­nany bez żad­nego kryzy­su ener­gety­cznego. Remik prze­ciągnął nas prak­ty­cznie za rączkę, ale to dało też dużą okazję do porów­na­nia jego wari­antów prze­biegów z tymi, które sami byśmy wybier­ali. Chodz­iło o sprawdze­nie, czy stać nas na prze­bieg­nię­cie całości.

Kondy­c­ja jest. Chę­ci są. Ter­az pozosta­je tren­ing bie­ga­nia z mapą. Jed­no jest pewne – następ­ną 50-kę  bieg­nę samodzielnie.

I to już niedługo …