Grań Tatr Zachodnich na sportowo

Tekst i zdjęcia: Szymon Sawicki

Zima się skończyła, a wraz z topniejącym śniegiem rozkwitać zaczęły niezrealizowane pomysły, na które brakło czasu, warunków, możliwości w poprzednich latach. Nadchodzący czerwiec, wraz ze swoimi najdłuższymi w roku dniami, prowokował i kusił do rzucenia się na właśnie jeden z nich. Idea była  prosta: przejść Grań Tatr Zachodnich. Trasa logiczna, piękna widokowo, wymagająca jako takiego przygotowania kondycyjnego i jak zwykle w górach – odrobiny szczęścia. Niby wszystko jest, tak więc ostania telefoniczna krótka rozmowa kończy się zdaniem: „Pasuje iść”.

3-4 godziny spania przed takimi wycieczkami to norma, tak więc nie zdziwieni i trochę niedospani mkniemy autem na miejsce, skąd mamy wystartować.  Jesteśmy na przełęczy koło 4 rano i po chwili rozpoczynamy mozolny marszobieg, mając za cel dotarcie na dobrze nam znaną przełęcz Liliowe, na której każdy z nas był już pewnie kilkadziesiąt razy, ale jakoś tak się dziwnie złożyło, że nigdy nie ruszał tam z przełęczy Huciańskiej. Znamy całą trasę, wiemy co nas czeka i może dlatego unikamy dywagacji na tematy typu „co będzie, gdzieś tam”. Fragmenty grani przechodziliśmy, przebiegaliśmy, przejeżdżaliśmy na nartach nie raz, dziwiliśmy się już w górach wielokrotnie, tak więc, a może właśnie dlatego, wiedzieliśmy, że dopiero zejście z Beskidu pozwoli nam pomyśleć – udało się.  Póki co, ranek ciepły, może za ciepły?

Jasno, bezproblemowo, starając się utrzymywać tempo dające możliwość rozmowy, docieramy na Siwy Wierch, czas dobry,  mglisto, ale czuć, że gdzieś niedaleko słońce napiera, rozświetlając to wszystko w czym przyszło się nam poruszać, gdy dochodziliśmy do Palenicy -najniższej przełęczy dzisiejszej tury. Brestowa, Salatyn, widmo brokenu, jak tu fajnie… Idziemy dalej, przed Pacholem wiemy już, że nasza zimowa próba przebycia tego odcinka z nartami była pomysłem średnim. Miejsce, które teraz mijamy po 3 godzinach, w wielkanocny poniedziałek wywalczyliśmy w pięć. Wspomnienia tamtego dnia dodają motywacji i po krótkim :) rest-stopie, mijamy Pachoła. Bańkowska Przełęcz, kiedyś tu wiało, dziś cisza. Panorama znajoma z nisko siedzącą mgłą.  Banikow, Trzy Kopy, Hruba – wspomnienia wiosennych trzydniowych zawodów skialpinistycznych. „Tu się schodziło, tam się zjeżdżało”, tam  Baraniec – jakiś dziwny bez śniegu. Na Smutnej mamy  5 godzin. Wiemy, że idziemy w dobrym rytmie, ale wiemy też, że w sumie to jeszcze połowy nie ma, a pogoda jak kobieta…

Rochacz Płaczliwy. Nic nie widać, ale przecież wszystko wiemy. Czerwonym szlakiem, ale czemu tak w dół i w tę stronę? To może gdzieś się odbijało, mapa, dookoła dalej mleko, jak jest ładnie i widać to się prosto łazi. Widzisz, idziesz, jesteś, ale nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, więc bez paniki.  Rochacz Ostry, kijki przy plecakach, bo trzeba się uwijać jak po Orlej Perci, a po tych sześciu godzinach taka lekka sztywność już łapie. Wołowiec, depozyt zostawiony dwa dni wcześniej przeżył w całości, świstaki coli nie tknęły, tak więc i my nie bruździmy zbytnio w ich życiu, staramy się nie niepokoić ich zbyt długo naszym pobytem w tamtym rejonie, kończąc naszą wizytę po 20 min i robiąc sobie, tym samym, najdłuższy przystanek na całej trasie.

Najtrudniejsze technicznie miejsca mamy za sobą, przed nami jednak jest kilka kopców, a plecaki po uzupełnieniu chyba cięższe niż na starcie. Tragedii jednak nie ma, pomykamy dalej. Jakoś dokładnie w zeszłym roku treningowo zrobiliśmy sobie odcinek od Wołowca do Kopy Kondrackiej. Mamy więc projekcję wysiłku i upierdliwości podejść, które na takim zmęczenio-znurzeniu mieszają się w jeden ciąg – „z dołu, do góry, z góry na dół”. Niby wszystko się zgadza, co jakiś czas otwiera się lewa bądź prawa strona, klimatycznie. Ludzi na szlakach jak na lekarstwo, bo pogoda nie za pewna i na potwierdzenie tych rozważań pod Błyszczem ktoś odkręcił prysznic, leje. No to fajnie. A niech sobie leje, mamy przecież fachową odzież, nie pierwszy raz po nas leje, nie jesteśmy z cukru itd. No, ale jak tak fajnie miało być to dlaczego mamy wszystko mokre? Z Błyszcza w dół, na Pyszniańskiej koniec deszczu, jest koło 10 stopni i lekko z prawa zawiewa, ale to może i dobrze – przesuszy nam ciuchy.

Kamienista. Maszerujemy  wzdłuż granicznych słupków i dziesięć, jedenaście godzin już w nogach. Znowu nic nie widać, też tu byliśmy, ale dobrze że GPS-y wymyślili, na mgłę to chyba mocnych nie ma, a jak na mgłę nałoży się jakiś inny problem to wtedy już naprawdę nie ma śmichu . Przed Ciemniakiem  mamy dokończyć kanapki, chcielibyśmy więc już tam być, gadać się nie chce, a ścieżka narzuca drogę, więc poddając się mantrze marszu kroczymy przed siebie.  Wiednie, bezwiednie azerujemy Smreczyński. Jego zachodnia ściana, taka jakaś niewiadomo jaka była i po strawersowaniu całego masywu tak właśnie nijak było coś działać. Tomanowe raz, dwa, Przełęcz Tomanowa, po ścieżce na Ciemniaka, Krzesanica. Weselsze minki. Choćby sypało to dojdziemy.

I jak to często bywa, wtedy gdy jesteśmy już pewni,  oczywiście ostatni test: z pięć stopni mniej, mgła, wiatr, deszcz zacina zgrabnie, widać na 10 metrów  Małołączniak, Kopa Kondracka, jeden w prawo, drugi lewo. Teren znany, bezmyślność, brak cukru, nadzieja szybkiego końca? Dobrze, że zasięg jest i nie trzeba się drzeć, bo „w takich okolicznościach przyrody, i niepowtarzalnej…” Znaleźliśmy się, to ważne, bo nie wszyscy się znaleźć potrafią.  Drogowskaz na przełęczy pod kopą K –  kasprowy 1.40 – a my mamy na budziku 13 godzin. Rano pytanie o szacunkowy czas wymuszało odpowiedź 14-16 godzin, czyli plan mamy zrealizowany, ale jeszcze chwilę pasuje nogami  poprzebierać. Odcinek do Kaspowego robimy w 40’, na deser Beskid i, nie do końca wierząc w to co widzimy, dochodzimy do granicy z Tatrami Wysokimi, tam pójdziemy „następną razą”, na razie  KoNIEC, The end, finto, 13.55

Dane techniczne: 45km, +5200m, temp.ok.10st, pochmurno, słaby wiatr, przelotny deszcz ( chwilami intensywny)

POCZĄTEK  P.Huciańska 4.20, przed Pacholem 3h, P.Smutna 5h , Wołowiec 6.5h, P.Pyszniańska 10h, Liliowe 13.55h KONIEC

Sprzęt: plecak 20l, kijki, kurtka/spodnie p.deszczowe, ciuchy sportowe, buty do biegania, picie ok.2l , jedzenie 3 kanapki, 2 batony, owoce susz. 150g; depozyt Wołowiec 3l wody, 3l coli.

W sumie po drodze może 10 osób miniętych i całą mapę przeszliśmy.

Biegli: Szymon Sawicki i Jacek Żebracki