O kontuzjach, nauce i lekarzach

 

Większość sportowców zna to pewnie z autopsji – my w ruchu, nasze nogi w ruchu, nagle jedna ze stóp skręca się niespodziewanie, kostka wykręca na zewnątrz i przeszywa nas ból…

Mi przytrafiło się to ponad tydzień temu, podczas treningu biegowego w górach. I nie byłoby powodu do stresu, bo skręconą kostkę miewałam już nieraz więc wiedziałam ‘czym to się je’, ale tym razem wyglądało to poważnie. Krótko mówiąc takiego balona, w jakiego zamieniła się moja stopa nie widziałam jeszcze nigdy.

Niezwłocznie więc udałam się do lekarza, dokładniej ortopedy sportowego. Po badaniu i rentgenie pierwsze orzeczenie: zerwane przynajmniej jedno wiązadło zewnętrzne, ryzyko operacji, więcej będzie wiadomo po MRI. Wyniki mam po 2 dniach i tu już prognozy są lepsze: jedno wiązadło zewnętrzne mocno naderwane, ale nie przerwane. Operacji nie będzie. Zalecenia: stopę unieruchomić na 3 tygodnie, a potem powoli zacząć z rehabilitacją. A kiedy mogę wrócić do treningów Panie Doktorze? Nie wcześniej niż za 6 tygodni, zaleczenie takiej kontuzji wymaga po prostu czasu…

Rzeczywistość jest brutalna, ale co zrobić – jak lekarz mówi to trzeba słuchać. Decyduję jednak siegnąć po drugą opinię. Środek sezonu, tyle startów się planowało, 6 tygodni bez biegania rozłoży moją dotychczasową formę na łopatki. Podświadomie kwestionuję orzeczenie lekarza – wiadomo, nadzieję trzeba mieć zawsze!

W międzyczasie od wypadku minął już tydzień. Szukam innego lekarza. Tym razem udaje mi się namierzyć podobno jednego z najlepszych w mieście (jest m.in. lekarzem pierwszoligowej drużyny koszykarzy). Po jego podejściu do tematu od razu widać, że często ma do czynienia ze sportowcami. Orzeczenie brzmi: wiązadło naderwane wprawdzie, ale jeśli nie sprawia to bólu, powinnam jak najszybciej zacząć biegać (na razie tylko po płaskim i nie w terenie). Poza tym natychmiast należy zacząć rehabilitację, aby jak najszybciej przywrócić stopę do sprawności sprzed wypadku. Wychodzę z wielkim bananem na twarzy :). Na bieganie nie mam jeszcze odwagi, ale następnego dnia wsiadam na szosówkę i robię mała rundkę. Jak dobrze znowu się ruszać. A fizjoterapeuta podczas wizyty robi wielkie oczy i pyta dlaczego dopiero teraz do niego przychodzę, zabiegi należało zacząć zaraz po wypadku – wtedy czas leczenia zdecydowanie by się skrócił. No cóż, nie od razu trafia się na właściwego lekarza…

P.S. A przy okazji mojej kontuzji przysłużyłam się nauce. Mój przypadek wykorzystany został jako przykład dla studentów AWF-u podczas wykładu nt. kontuzji stawu skokowego. Ze mna/moją stopą w roli głównej :)