Przygody w Słowenii

Już przed startem mieliśmy kilka nieszczęśliwych historii: skradziony rower Maćka Dubaja, problemy z samochodem.

Na rajd do Słowenii jechaliśmy po raz czwarty. Może wydawać się to nudne, ale naprawdę Słowenia to przepiękny, zaskakujący kraj. Za każdym razem mieliśmy okazję eksplorować nowy kawałek ich mapy.

Tym razem zaczęliśmy od biegu na orientację na wybrzeżu Słowenii, w miejscowości Piran. Temperatura o 10 rano już była dobra, więc z przyjemnością wchodziliśmy do morza by przepłynąć 2 etap –2 kmwpław. Trudnością na tym etapie było odnalezienie perforatorów pod wodą, nawigacja była dość uciążliwa ale koniec końców uporaliśmy się z tym zadaniem. Niektóre zespoły wychodziły na brzeg i tylko do samego punktu podpływały – chyba zapominając o tym, że jest to niedozwolone.

Po godzinnej kąpieli w słonej wodzie, dobiegliśmy do kolejnego etapu – kajaki morskie. Kajakiem opłynęliśmy większość linii brzegowej Słowenii, pod prąd i pod wiatr. Zdecydowaliśmy że ten etap zrobimy w całości, nie skracamy; robiły to inne zespoły, gdyż formuła rajdu pozwalała na omijanie punktów. Najważniejsze na tym rajdzie było zmieszczenie się w limitach po poszczególnych etapach i zdobycie jak największej ilości punktów kontrolnych, które miały różną wartość. Tak więc nie tylko mocna łydka, ale przede wszystkim bystra głowa miała casino online największe znaczenie. Po kajaku znów krótki przerywnik biegowy w kierunku symbolicznego 6-kilometrowego etapu rolkowego. Tempo było szybkie, ale nie za szybkie; ustaliliśmy, że zaczniemy rajd spokojnie, gdyż i tak decydujące będą późniejsze długie etapy piesze. Po rolkach wsiedliśmy na rowery. Była godzina 15, upał niemiłosierny, zatrzymywaliśmy się co punkt w domostwach by zatankować zbiorniki, popić i polać głowę. Trudno to nazwać ściganiem się, ale wszystkie zespoły nieprzyzwyczajone do upałów, tak właśnie robiły. Woda działała jak magnes. W końcu słońce spuszczało z tonu, łapaliśmy oddech. Na przepaku, wzięliśmy to co potrzebne i udaliśmy się w dalszą drogę z buta. I tu na tym etapie zaczęły się dziać niepokojące rzeczy. Łukasz nie chciał nic jeść, pił i pił ale nie gasił pragnienia. Wreszcie wcisnął w siebie żel energetyczny potem bułkę, które zaraz po tym wróciły. Zamiast biec musieliśmy iść, robiąc co kawałek postój. Tempo spadło, zespoły które wcześniej wyprzedziliśmy zaczęły nas mijać. Postanowiliśmy wybrać jak najszybszą drogę na przepak. Łukasz ledwo szedł o własnych siłach. Na przepaku medycy zbadali Łukaszowi poziom cukru. Niestety był tak niski, że nie pozwalał kontynuować rajdu, ponadto limit na tej strefie zmian dobiegał końca.

Łukasz początkowo nie mógł zjeść kawałka kiwi i cząstki czekolady, teraz ma się już dobrze, apetyt mu już wrócił. A nam już wrócił apetyt na kolejne zawody.

A może Was kiedyś coś podobnego spotkało? Może macie jakieś sprawdzone metody jak się odżywiać i co pić w takim upale?