Mój drugi IM w Zurychu

 

Kiedy w zeszłym roku udało mi się skończyć zawody Ironman w Zurychu pomyślałem, że może warto się przygotować na Hawaje – to marzenie niemal każdego triathlonisty. W grudniu, po miesięcznym odpoczynku od sportu zabrałem się do pracy i ciężko trenowałem. Postanowiłem zintensyfikować przygotowania na bazie poprzednich doświadczeń. Początkowo wszystko się układało, zacząłem nawet w miarę szybko pływać, ale na wiosnę już widziałem, że chyba coś nie tak z przygotowaniami, bo czasy w bieganiu i na rowerze uzyskiwałem podobne do zeszłorocznych lub nieco gorsze, a miały być lepsze.

Trzymałem się jednak wytyczonego wcześniej planu i najlepiej jak się dało cierpliwe go realizowałem. Pogoda w tym roku w Polsce była wyjątkowo łaskawa dla rowerzystów, dzięki czemu mogłem sporo kilometrów wyjeździć, trenować siłę, szybkość, wytrzymałość. Zaniedbałem trochę bieganie i tego najbardziej się bałem podczas zawodów, chociaż to moja ulubiona dyscyplina w triatlonie.

Zurych zwiedzałem z rodzinką już od środy, byliśmy też w pięknym średniowiecznym miasteczku Stein am Rhein, a Zosia z Edytką wybrały się nawet do delfinarium. W ciągu tych kilku dni zdecydowałem się na poranne rozruchy i jeden trening biegowy, a także 2 razy jeździłem po trasie rowerem: na Heartbreake Hill trochę się zasapałem i wiedziałem, że tam nie będzie łatwo. Pływałem też w jeziorze – wyglądało na to, że w miarę sprawnie pływam, obawiałem się trochę dużego tłoku na starcie.

W dzień startu tuż przed wejściem do wody spotkałem Kasię Zając, która z Piotrkiem Kosmalą przyjechała dopingować ludzi z żelaza. Takie spotkanie bez umawiania się w konkretnym miejscu to jakby znaleźć igłę w stogu siana. Ponad 1700 zawodników w takich samych piankach z czepkami i okularkami tłumnie przemieszczało się na brzeg jeziora.

Na starcie w wodzie po raz kolejny już myślałem, że mnie konkurenci chcą zatopić i chyba tylko na mnie uparli się wpływać, bić po twarzy, trzymać za ramię, przygniatać stopy. Przez pierwsze 500m walczyłem ze sobą, z wodą i z wszędzie kotłującymi się korpusami, łokciami i stopami. Pływanie „odbyło się” i było w moim wykonaniu najgorszym z wszystkich 5 startów triathlonowych w mojej karierze… Czas nawet jak na mnie bardzo słaby 1:21. Wyszedłem 870. z wody, lepiej niż w zeszłym roku, może dlatego, że warunki były też gorsze – wiatr i fale – na 3,8km trasie pływackiej. Dość szybko zrzuciłem piankę i naciągnąłem skarpety, chyba ok. 2 minut i już byłem na asfalcie z rowerem.

Na rowerek wskoczyłem w miarę sprawnie, choć już na starcie przeraził mnie widok rozwalonego zawodnika, który chyba się pośliznął na mokrym asfalcie i wycedził głową w barierkę. Potem jeszcze kilka razy na tej 180km trasie oglądałem zakrwawione głowy – było zimno, wietrznie i mokro. Warunki niezbyt sprzyjały rowerzystom, zjazdy były bardzo strome, ale nie można było jechać maksymalnie szybko z uwagi na ostre zakręty i mokry, śliski asfalt. Tak jak przewidywałem, oba podjazdy o nazwie Heartbreake Hill, na każdej z dwóch pętli dawały się mocno odczuć. Jednak atmosfera rodem z Tour de France, jaką stworzyli ustawieni w szpaler kibice z trąbkami, dzwonkami i dzwonami, pokrzykujący na każdego zawodnika, nie pozwalała ani na moment zwątpić i zejść z roweru, żeby go wprowadzić na szczyt. Dwa razy pokonywany podjazd był na 5km przed końcem pętli, skurcze już jakby chciały chwycić w uda, na szczęście za drugim razem długi zjazd, podczas którego można było nieco rozluźnić spięte muskuły, prowadził już do mety. Czas etapu rowerowego bardzo mnie zadowolił: 5 godzin 19 minut to mój rekord na 180 km.

Przed dywanikiem prowadzącym do strefy zmian trzeba było zeskoczyć z roweru i biegiem wprowadzić go do wieszaków… Zatrzymał mnie wypięty but z pedałów, ale sędzia szybko mi go podrzucił, chyba złapałem go w locie. Założenie butów biegowych to tylko 1 minuta i już wybiegłem na kończący zmagania Ironman maraton 42km. Wtedy już wiedziałem, że jeśli nie złapią mnie silne skurcze, to dam redę temu ogromnemu wyzwaniu jakim za każdym razem jest 226km dystans triathlonu w jego oryginalnym wydaniu. Nie utopili mnie w jeziorze, udało się bez awarii skończyć rower, pozostało „tylko” przebiec maraton do mety… aby nie przejść do marszu bo wtedy mięśnie zaczną wariować, trzeba było mocno się motywować, żeby nie zgubić rytmu biegu. Na szczęcie na trasie była najbliższa rodzina Zosia i Edytka, zapewniające mi najlepsze wparcie i zawsze uśmiechnięci i pocieszający Kasia z Piotrkiem. Krzyczeli, że dobrze wyglądam, ale ja już pamiętałem poprzednie triatlony: człowiek na maratonie dobrze już nie może wyglądać :). Do połowy dystansu trzymałem założone tempo, które jednak dramatycznie zaczęło spadać z powodu problemów żołądkowych. Dwie wizyty w toaletach i było w porządku. Czas biegu w miarę przyzwoity – 3:19, chociaż ja chciałem o 4 minuty szybciej pobiec. Niestety, troszkę za mało biegałem w tym roku.

W Zurychu ustanowiłem swój rekord życiowy, po raz drugi z rzędu byłem najlepszym Polakiem w stawce i zdobyłem cenne doświadczenia przed kolejnym startami.

Zdjęcia: Piotr Kosmala