Spływ kajakowy Łupawą

Tekst i fotografie: Patryk Szymański

W ubiegły weekend członkowie grupy treningowej TRAILteam Poznań wybrali się na dosyć nietypowy trening. W ramach przygotowań do Adventure Racing, a przede wszystkim dla miłego spędzenia czasu w doborowym towarzystwie, dziesięcioosobowa grupa udała się na dwudniowy spływ na jednej z najtrudniejszych rzek w Polsce. Wybór miejsca nie był przypadkowy. Znaleźliśmy kilku „starych kajakowych wyjadaczy” i szczegółowo wypytaliśmy ich gdzie warto się udać, aby spotkało nas jak najwięcej zabawy.

Większość z tych osób wymieniało Łupawę na jednym z pierwszych miejsc, a ostatecznie nasz wybór potwierdziły opisy rzeki w Internecie w stylu: „Wymarzona trasa dla kogoś, kto lubi ekstremalne warunki – wodę w kajaku i bryzgi piany na twarzy. Dzika Łupawa bardzo przypomina szybką rzekę górską, na której jest więcej bystrzy i przeszkód niż spokojnego nurtu. Jeśli jednak uda się Wam na chwilę oderwać wzrok od czytania wody, zobaczycie malownicze, wysokie i strome wzgórza oraz porastającą brzegi starą puszczę. Naprawdę warto tu zawitać, bo będzie o czym opowiadać po powrocie…”

Start zaplanowaliśmy z miejscowości Kozin, dokąd (z uwagi na odległość ponad 300km od Poznania) cała grupa wyjechała już w piątek po pracy. Pole biwakowe trochę nas zaskoczyło… tłokiem. Na podobny pomysł do naszego wpadły jeszcze 3 inne osady, co sprawiło, że spaliśmy w grupie około 40 osób.

Na szczęście godzina, którą wybraliśmy sobie na pobudkę była zdecydowanie zbyt wczesna dla większości miłośników późnonocnych szant. Byliśmy więc pierwszą grupą na wodzie, przez co przez resztę wyjazdu nie napotkaliśmy na dodatkowe utrudnienie związane z koniecznością wyprzedzania wolniejszych kajakarzy. Sama rzeka podołała zdecydowanie naszym oczekiwaniom i dostarczyła naprawdę fajnych wrażeń. Wartki nurt, częste przeszkody w postaci kamieni w korycie oraz zwalone drzewa sprawiały, że nawet doświadczeni kajakarze każdą błędną decyzję przypłacali wywrotką i przymusową kąpielą.

Nocleg w pierwszy dzień miał wypaść nam w miejscowości Łupawa na około 19 km spływu. Przed rozpakowaniem się zrobiliśmy jednak z Darkiem mały rekonesans, aby znaleźć miejsce trochę na uboczu od pozostałych ekip płynących za nami. Okazało się, że miejsca na biwak jest dosyć niewiele, a dodatkowo w remizie strażackiej oddalonej zaledwie o 50m o godzinie 16:30 zaczynało się wesele. Wiele się nie zastanawiając wróciliśmy na rzekę. Był to bardzo dobry wybór, ponieważ już po około 2,5km znaleźliśmy dziką polankę w środku lasu, którą mieliśmy tylko dla siebie. Łącznie tego dnia wyszło nam 21,5 km, które pokonaliśmy w czasie 5 godzin i 40 minut.

Po rozbiciu namiotów i zjedzeniu czegoś ciepłego przyszedł czas na kolejne atrakcje. Koledzy grotołazi przygotowali dla nas mini park linowy obejmujący m.in. wspinaczkę, a także tyrolkę zakończoną przymusową kąpielą. Oprócz oczywistej frajdy nauczyliśmy się kilku podstaw od zakładania uprzęży zaczynając, a kończąc na używaniu takich dziwnych przedmiotów jak croll, rolka, shunt, poignee i inne. Wieczorem oczywiście ognisko, nalewka własnej roboty kolegi Masła i opowieści dziwnej treści, tym weselsze im bardziej suche były pojemniki po trunkach.

Nowy dzień przyniósł nowe wyzwania. Co prawda wg przewodnika najbardziej dzikie i niebezpieczne odcinki Łupawy mieliśmy już za sobą, ale pomimo to częste przeszkody i miejscami mocno przyspieszający nurt dostarczały mnóstwa zabawy. Lekkie i zwrotne jednoosobowe kajaki pokonywały przeszkody, które z pozoru wydawały się nie do przepłynięcia, przeskoczenia, czy do przeciśnięcia się. Uczestnicy spływu uznając za obciach wychodzenie z kajaku, niejednokrotnie wpływali na ponad półmetrowe przeszkody, lub przepływali całkowicie schowani w kajaku pod konarami sterczącymi na wysokości maksymalnie 10cm od burty.

Kilka miejsc było naprawdę trudnych technicznie, dla przykładu poniżej barwny cytat z przewodnika Paskala opisujący jedną z ostatnich przepraw: „Woda na chwilę jakby spowolnieje, jednak z oddali dochodzi „złowrogi szum”. To jedno z ostatnich już trudnych miejsc, wymagających od kajakarzy wykorzystania zdobytych umiejętności. Z mieszczącego się tu niegdyś młynu w Damnie pozostał jedynie zniszczony jaz który przepuszcza spiętrzona wodę wąskimi spustami. Koniecznie trzeba zrobić rozeznanie z brzegu i zawieszonej nad jazem kładki. Najdogodniej jest spływać prawą stroną – tam przepływający z ogromnym impetem strumień wody przeciska się przez wąski przepust i pędząc w dół tworzy wzburzone bystrze, którego fale rozbijają się o porozrzucane bezładnie głazy. Asekuracja z brzegu nie będzie w tym wypadku zbędna, a rzutka może okazać się pomocna przy wyławianiu kajakarzy i ich łódek.”

Ostatecznie spływ zakończyliśmy w miejscowości Damno pokonując w drugi dzień 22,2 km w czasie 5 godzin i 15 minut. Było naprawdę fajnie – następne kajakowe zgrupowanie za pewne na wiosnę, pod warunkiem, że wybrana rzeka będzie jeszcze bardziej ekstremalna.

Zdjęcia ze spływu na: https://picasaweb.google.com/115731338057027619543/Upawa#