Wspomnienia z Raid in France

Tak Mis­tr­zost­wa Świa­ta we Francji wspom­i­na­ją zawod­ni­cy SALEWA TRAIL­tea­mu:

 

Maciek Dubaj
Raid in France to była przy­go­da nie byle jaka. Kwin­tes­enc­ja raj­dowa­nia. Przy 150 godz­i­nach na pięćset kilo­metrowej trasie 130 godzin na ośmiuset kilo­me­tra­ch w Por­tu­galii trzy lata wcześniej to piaskown­i­ca. Jedyne kil­ka kilo­metrów w poziomie to opłynię­cie morzem półwyspu Cap Mar­tin z widok­iem na aparta­men­tow­ce Mon­ako. Widok­iem jakże kon­trastu­ją­cym z tymi, do których przy­wyk­liśmy przez 6 dni raj­du. Orga­ni­za­torzy zad­bali, by ograniczyć nasz kon­takt z cywiliza­cją na tyle, na ile tylko było to możli­we. Częś­ciej niż głosy ludzi słyszeliśmy rycze­nie jeleni, albo kom­plet­ną ciszę rządzącą królest­wem skał wyżej w górach. Czuliśmy się jak w kinie obser­wu­jąc spek­takl jaki fun­dowało nam zachodzące i wschodzące nad alpe­jski­mi szczy­ta­mi słońce. Niemałe emoc­je przeży­wal­iśmy pokonu­jąc nocą Via Fer­ratę pon­ad kip­ielą rze­ki, którą niedłu­go potem mieliśmy płynąć raftem. Pier­wszy tak poważny raft­ing w życiu i to bez dodatkowego stern­i­ka, zdani sami na siebie, w rzece pełnej rapidów i zblokowanej pod­stęp­ny­mi głaza­mi, grożą­cy­mi wywrotką, to było nie lada wyzwanie dla zespołów. Duże wraże­nie zro­biło na nas solidne kil­ka kilo­metrów canyoningu pokony­wanego nocą – tylko my, liny i wodospady w wąskim snopie światła z czołówek. Trasy rowerowe odpowiadały marzeniom wytrawnych endurow­ców. Trudne tech­nicznie zjazdy, wnosze­nie row­erów na barkach i mrożące krew w żyłach traw­er­sy po singlach nad skarpa­mi, które w ciem­noś­ci­ach stawały się przepast­ny­mi czeluś­ci­a­mi. Przeżyliśmy też pier­wszy w życiu trekking po lodow­cu. Na nogach raki, pow­iązani liną, dzierżąc czekany wspinal­iśmy się na Col du Sele 3283m n.p.m. Niety­powe staw­ian­ie stóp w rakach przypłaciłem ser­ią niemiłosiernych skur­czy w nogach. Ostate­cznie najlep­szą metodą pozby­cia się ich okaza­ło się poz­wole­nie, by chwyciły jak naj­moc­niej. Potem mięśnie już nie miały sił na kole­jne… Po pier­wszym dniu raj­du byliśmy już moc­no zru­jnowani fizy­cznie. Stanęliśmy wtedy w per­spek­ty­wie kole­jnych takich pię­ciu dni. Z jed­nej strony ogrom pra­cy przed nami był przyg­ni­ata­ją­cy, a z drugiej dłu­gi czas pozwalał na odro­bi­e­nie strat z początku wyś­cigu. W rozwinię­ciu skrzy­deł znów przeszkodz­iło zatru­cie – miały to być chwile relak­su na przepaku z obow­iązkowy­mi kilko­ma godz­i­na­mi spania, a okaza­ły się być kosz­marem. Tu też wyjś­cie radykalne okaza­ło się najskuteczniejsze…
Ale z nami to tak jest. Im więcej trud­noś­ci, zno­ju, mozołu, pra­cy, im więk­sze wyzwanie i rzecz bardziej bez­nadziej­na, im więcej pra­cy i zrozu­mienia w zes­pole, deter­mi­nacji, poświęce­nia, tym więk­sze zad­owole­nie na mecie. Adven­ture Rac­ing forever!

 

Justy­na Frączek
„Push the bike”. Oprócz trekkingu domin­u­jącą dyscy­pliną tego raj­du było pchanie roweru, lub jak kto wolał nosze­nie go na barkach. A to w parku nar­o­dowym, gdzie poruszanie się row­erem jest surowo wzbro­nione, a to kory­tem rze­ki, to kamienisty­mi zbocza­mi gór, czy zanika­ją­cy­mi ścieżka­mi. W ten sposób przykład­owo: 33 km odcinek rowerowy wychodz­ił w 7 godzin lub dłużej. Z ironią głośno myśleliśmy o zabra­niu roweru na canyon­ing. Ale orgi to nie sadyś­ci :), na szczęś­cie! Aby zatrzeć smak męki w naszej pamię­ci zatroszczyli się o smakowite kąs­ki. Niek­tóre zjazdy dawały niesamow­itą satys­fakcję, row­er sam jechał po wąs­kich i krę­tych singlach, a wido­ki to była poezja.
Nie obyło się bez spek­taku­larnych gleb nocą. Ja spadłam z skalnego urwiska (na szczęś­cie zatrzy­małam się na krza­kach), Maciek Mierzwa miał ser­ię różnych efek­townych akrobacji rowerowych, dru­gi Maciek — też leżał co najm­niej raz.

 

Maciek Mierzwa
Czwarta noc raju. Najtrud­niejszy odcinek rowerowy – 33 km z tego połowa z row­erem na ple­cach, urwiska, sleep­mon­ster, znika­ją­ca ścież­ka, marazm. Gdy wychodz­imy z ciężkiego terenu sen uderza ze zdwo­joną siłą. Padamy na ścieżce gdzie popad­nie, jest wygod­nie bo na starych liś­ci­ach. Śpimy kwad­rans. Gdy wsta­ję, widzę że Justy­na przykry­ta jest folią NRC. „Zbul­w­er­sowany” tym fak­tem robię Łukas­zowi AWANTURĘ czemu mnie nie przykryli !!!, Kwad­rans nie podzi­ałał, 100 m dalej wszyscy czworo wpakowal­iśmy się do 2 osobowej płachty biwakowej i tak przes­pal­iśmy 2 godziny do rana. Dzię­ki temu o świcie zała­pal­iśmy się w miasteczku na piec­zonego kur­cza­ka i fan­tazyjnie zestaw­ione smakowo ciasto.

Łukasz po 4‑tej kaw­ie w życiu:
http://www.youtube.com/watch?v=-4HteSh5HG4
od 56 min­u­ty fil­mu — 100% ŁUKASZ :)

Ostat­nia noc raj­du (pią­ta), praw­ie świt. Do mety już tak niewiele, a jed­nak sama do nas nie przyjdzie… Gnamy po ulot­nych półkach skalnych próbu­jąc nadążyć za „zakofeinowanym” Łukaszem równocześnie mając na karku reflek­to­ry prze­bud­zonych Bry­toli. Z row­era­mi na ple­cach, na szczyt góry, byle szy­b­ciej, Maciek zła­pał gumę ale i tak nie zmienia — bo po co? — niesie dalej… Wresz­cie pada hasło zmi­ana, zasyp­i­am. Gdy otwier­am oczy, Łukasz już zdążył zbiec połowę pode­jś­cia (zmi­ana wari­antu). Kątem oka „łapię” Morze Śródziemne – świ­ta, ah warto się było tam pchać :)

 

Łukasz War­muz
Cztery oso­by, dys­tans pon­ad 500km, czas wysiłku 150 godzin i aż 64 zespoły z całego świa­ta, tak pokrótce moż­na opisać Mis­tr­zost­wa Świa­ta w Adven­ture Rac­ing. Pon­ad sześć dób spęd­zonych w towarzys­t­wie Justyny i dwóch Maćków. Mogę śmi­ało powiedzieć że jest to najbardziej „mag­icznie” spęd­zony czas. Nie sposób będzie mi opisać wszys­tkie przy­gody jakie nas spotkały na trasie, ale jest parę, które pozostaną na dłu­go w mojej pamięci.

Ostat­nia noc ści­ga­nia, moż­na powiedzieć że najis­tot­niejsza. Etap rowerowy. Jeden z punk­tów kon­trol­nych zna­j­dował się koło dro­gi asfal­towej, aby dostać się do następ­nego nie moż­na było po pros­tu prze­jechać dalej asfal­tem tylko trze­ba było kierować się wyty­czny­mi zna­j­du­ją­cy­mi się w Raid­booku. Wyty­czne mówiły aby podążać za szlakiem na początku dobrze oznac­zonym a potem niby miał zanikać, ja to trochę źle zin­ter­pre­towałem i wybrałem zły szlak i w taki sposób kaza­łem całe­mu zespołowi wraz z row­era­mi wgramolić się na stromą, kamienistą górę ( jakieś 100m w pio­nie gratis) oczy­wiś­cie na szczy­cie Maciek Dubaj prze­bił dętkę w row­erze przez co mieliśmy przy­mu­sowy dłuższy postój. Justy­na i Maciek M. zal­iczyli krótką drzemkę. Ja wlepiłem nos w mapę i szukałem opty­mal­nego wari­antu, który okaza­ło się pole­gał na tym że musieliśmy wró­cić do punk­tu wyjś­cia. Wszys­tko to się zgrało ze wscho­dem słoń­ca i po napraw­ie­niu uster­ki ukazał się nam przepiękny widok na morze Śródziemne, oraz okaza­ło się że naprawa roweru odbyła się na jakimś anty­cznym cmen­tarzu. Zespół dopiero po zawodach zapy­tał się mnie: po co właś­ci­wie wpy­chal­iśmy row­ery na tą górę:). Moja odpowiedź brzmi­ała, że chci­ałem im pokazać piękny widok, który z pewnoś­cią zapamiętają.

Chy­ba to już jest jakaś trady­c­ja, że w ostat­nią noc mózg zaczy­na sobie płatać figle z nami. Byłem sku­pi­ony w 100% na naw­igacji wyłączyłem się i wyciszyłem. Były momen­ty gdzie musi­ałem sobie przy­pom­i­nać że nie jestem sam, że jestem na Mis­tr­zost­wach Świa­ta i są jeszcze ze mną trzy oso­by. Na jed­nym z pod­jazdów Maciek D. zapy­tał się mnie: Czy to możli­we że widzi domek? Moja odpowiedź brzmi­ała: Tak. Dopiero po jakichś 20 min­u­tach doszło do mnie, że taka roz­mowa się odbyła, ale nie byłem pewien czy przeprowadz­iłem ją ze sobą czy z Maćkiem. Więc moje pytanie brzmi­ało dość dzi­wnie kiedy się go zapy­tałem czy pytał się mnie o jak­iś domek. Wielokrot­nie wcześnie miałem już sytu­acje gdzie sam ze sobą w myślach roz­maw­iałem, było to tak realne że nie wiedzi­ałem czy sam ze sobą roz­maw­iam czy z kimś. Nie zawsze spodziewałem się swoich odpowiedzi. To chy­ba jest wyższy stopień sleepmonstera.