Harpagan-44 — “profesor Remik będzie zadowolony”

„ A nie moż­na było samo­cho­dem … ?” — zapy­tała prag­maty­cznie moja 7‑letnia córa, która nie mogła zrozu­mieć dlaczego ktoś miał­by biec pon­ad 100km, bo prze­cież do bab­ci jeźdz­imy samo­cho­dem. I jak tu wytłumaczyć … ?

Od 50km wios­ną na Włóczyk­i­ju minęło pół roku solid­nych tren­ingów z mapą i niezbyt szy­b­kich, ale dłu­u­ugich wyb­ie­gań – wszys­tko pod okiem Remi­ka w ramach poz­nańskiego TRAIL­tea­mu. Start na H‑44 na trasie TP100 miał być pod­sumowaniem tego sezonu. Czuliśmy się z Patrykiem jak przed ważnym egza­minem. Tylko czy prze­r­o­bil­iśmy mate­ri­ał, z którego będą pytania ?

Założe­nie na bieg było proste. Bieg­niemy pier­wszą „pięćdziesiątkę” w tem­pie 6:00–6:15. Czu­jni i zwar­ci. Opty­mal­nie pros­to i bez ryzy­ka. A potem … zobaczymy !

Szy­b­ka odprawa u Remi­ka i spoko­jnie rusza­my. W końcu nasza pier­wsza „set­ka”. Spoko­ju zabrakło dużej częś­ci pozostałych zawod­ników, którzy po star­cie pog­nali do przo­du. Spoglą­dal­iśmy z lekkim niepoko­jem jak na długim prze­biegu przez pola mija­ją nas kole­jni napier­acze i pociesza­l­iśmy się, że to niemożli­we żeby w tym tem­pie mieli dobiec do mety. Zan­im dobiegliśmy do lasu — część „Koza­ków” już szła.

W oko­lice PK1 docier­amy w niemałym tłu­mie i lekko zagu­bi­eni owczym pędem wchodz­imy na punkt. Bieg­niemy dalej, jed­nak postanaw­iamy przy najbliższej okazji trochę się urwać. Przed Star­ni­ca­mi odbi­jamy z głównej dro­gi na połud­nie. Ten wari­ant wybiera jeszcze zapoz­nany Michał (nie-Marek), pod­krę­camy razem tem­po i znikamy w lesie. Nieoczeki­wanie wspinaczkę na PK2 kończymy w ścisłej czołów­ce. Chwilowa ekscy­tac­ja prze­chodzi w zdrowy rozsądek. Do mety daleko.

Pstrycz­ka w nos dosta­je­my szy­b­ciej niż się spodziewamy. Przelot Doliną Słupi na PK4 wolelibyśmy zapom­nieć. Pró­ba przeprawy przez Słupię kończy się długą walką z labiryn­tem mean­drów rze­ki. Michał wybiera inny wari­ant, a my trafi­amy na wyspę z której przez 40min nie może­my znaleźć wyjś­cia. Absurd goni absurd a czas leci. Kręcimy się w kółko, kom­pas się krę­ci, woda płynie z każdej strony. W końcu wydosta­je­my się nie mając poję­cia, w którym miejs­cu jesteśmy. Bieg­niemy na zachód do pier­wszego skrzyżowa­nia na tyle charak­terysty­cznego, że lokalizu­je­my się na mapie. Potem na azy­mut przez śpią­cy las w stronę punk­tu. Na jed­nej z przecinek spo­tykamy więk­sza ekipę i ostate­cznie dołącza­my do nich. Ta noc­na ori­en­tac­ja nie idzie nam najlepiej i nie mamy już ochoty ryzykować. Ostate­cznie na prze­biegu na PK4 wyprzedza nas praw­ie 20 osób, co biorąc pod uwagę naszą żenu­jącą naw­igację i tak uzna­je­my za rewela­cyjny wynik. Odry­wamy się od grupy i napier­amy w stronę PK5. Postanaw­iamy zaatakować punkt od połud­nia, jed­nak wyb­ie­ga­jąc z doliny Kami­en­nej gubimy ścieżkę. Trochę wari­acji nie na tem­at i szczęśli­wie wypa­tru­je­my w lesie światła czołówek idące w stronę punk­tu. Bin­go. Tu spo­tykamy znowu Michała (nie-Mar­ka) i ochoc­zo tworzymy trójkąt. Wtedy jeszcze nie wiemy, że w tym składzie przyjdzie nam wal­czyć do samego koń­ca. Bojowo uderza­my w stronę Słupi i … sto­sunkiem 2:1 rezygnu­je­my z przeprawy. Do mostu docier­amy razem z grupą „ści­gaczy”, która po chwili zni­ka w lesie. My nie mamy już ochoty na kole­jne wpad­ki naw­iga­cyjne i bieg­niemy bez­piecznie w stronę Lubunia. Bez prob­le­mu zal­icza­my PK6 i tu okazu­je się, że „ści­gacze” zostali z tyłu. Spotkamy się jeszcze z nimi w innych okolicznoś­ci­ach, ale o tym później… . Na razie dowiadu­je­my się, że jesteśmy w okoli­cach 17 miejs­ca i zmo­ty­wowani truch­tamy w stronę kole­jnego punk­tu. W ciszy mijamy PGR Krzy­wań i przez pola bieg­niemy w stronę lasu kryjącego nasze jeziorko. Granicą lasu odbi­jamy na wschód i łapiemy ścieżkę ginącą w ciem­noś­ci. Kierunek się zgadza. Zal­icza­my punkt i szy­bko maszeru­je­my w stronę Redzikowa. Baza przy­cią­ga nas chy­ba bardziej niż innych, bo na ostat­nich kilo­me­tra­ch wyprzedza­my kole­jnych zawod­ników. Infor­ma­c­ja o tym, że jesteśmy na 12 miejs­cu mobi­lizu­je nas do szy­bkiego przepaku. Apetyt rośnie. Wal­czymy w końcu o „dziesiątkę”. Warunek jest jeden – w ciągu dnia prze­bie­gi muszą być ide­alne. Nasze tem­po spa­da i nie może­my sobie poz­wolić na „puste” kilo­m­e­try. Na azy­mut napier­amy na PK9. Punkt na szczęś­cie jest tam, gdzie powinien być, cho­ci­aż mapa w niczym nie odzwier­cied­la tego co widz­imy w tere­nie. Tu dowiadu­je­my się, że wskoczyliśmy na 8 miejsce. Jesteśmy wstrząśnię­ci i zmieszani jed­nocześnie. Warto było powal­czyć trochę z jeży­na­mi i dru­ta­mi kolczastymi!

Przyj­mu­je­my sys­tem 2km truch­tu / 1km marszu i napier­amy dalej. Zal­icza­my spoko­jnie kole­jne punk­ty i przeci­namy na azy­mut kole­jne pola. Pomi­mo zmęczenia staramy się trzy­mać moc­ne tem­po marszu, do którego prze­chodz­imy coraz częś­ciej. Przy PK12 spo­tykamy tłum row­erzys­tów, bierze­my udzi­ał w małej foto­sesji i wyna­gradza­my sobie doty­chcza­sowy wysiłek paro­ma łyka­mi oży­w­czego, złotego płynu, zagryzanego kabanosem. Spoko­jnie brodz­imy przez zalany Las Łupaws­ki i … schodząc z PK13 spo­tykamy „ści­gaczy” z mostu z PK5. Podry­wamy się do „biegu”, ale chę­ci mamy więcej niż sił.

Ner­wowo oglą­damy się za siebie i bezrad­nie widz­imy jak nas dochodzą. Skacze nam poziom adren­a­liny i ści­namy pole na pn-zach, pod­czas gdy oni napier­a­ją przed siebie drogą. Po chwili znika­ją nam z oczu i zaczy­na się wyś­cig. Nasz wari­ant wyda­je się dłuższy, ale gwaran­tu­je bez­pieczniejszy atak na sam punkt. Nie robimy żad­nego błę­du i ide­al­nie wchodz­imy na PK14. Chwila niepewnoś­ci i JEST. Przed nami było tu tylko czterech zawod­ników, a to oznacza że tę bitwę wygral­iśmy. Satys­fakc­ja peł­na. Udało nam się ich pokon­ać dzię­ki dobrej naw­igacji – a tego w końcu się uczymy (pro­fe­sor Remik będzie zad­owolony). Motywac­ja pcha nas do przo­du – ter­az już nie damy sobie ode­brać naszej pozy­cji. Najważniejsze to nie zła­pać kon­tak­tu wzrokowego. Napier­amy najszyb­szym marszem, na jaki nas aktu­al­nie stać i ner­wowo pil­nu­je­my tyły. Ostate­cznie okaza­ło się, że na tym punkcie chłopa­ki stra­cili do nas 1h. Przewagę utrzy­mu­je­my do koń­ca i ostate­cznie praw­ie po 19h przekracza­my metę na 5 miejs­cu. Czas gorszy od zakładanego, ale też trasa trud­niejsza. Do ścisłej czołów­ki PMnO tracimy 3,5h-4h, ale i tak wynik prz­eras­ta jakiekol­wiek nasze oczeki­wa­nia. W sum­ie razem z nami trasę TP100 w lim­i­cie kończy 46 osób na 336 star­tu­ją­cych. Jed­no jest pewne. Gdy­by nie Remik i trenin­gi w naszym TRAIL­teamie to nie było­by szans na taki sukces. DZIĘKI. A ter­az nie pozosta­je nic innego, jak zacząć trenować jeszcze więcej. Dodam tylko, że Remik z Kubą wygrali trasę TP50, co chy­ba niko­go nie zdzi­wiło. Na tej samej trasie Ola, Natalia i Zbyszek zajęli 42 miejsce (na 134 zawod­ników). Wielkie gratulacje.