Kolejne 2 punkty do UTMB — relacja z 107-kilometrowej trasy K‑B-L

Autor: Michał Lewandowski

Bieżącego roku odbyła się pier­wsza edy­c­ja Dol­nośląskiego Fes­ti­walu Biegów Górs­kich, w ramach którego roz­gry­wano bie­gi na dys­tansach (poda­ję wymi­ary zmier­zone przez star­tu­ją­cych): 235 (http://ultrabiegi.pl/index.php/joomla-pages-iii/category-list/207-najdluzszy-taki-bieg-refleksje-zwyciezcow-dfbg-235km) / 107 (pomi­ar włas­ny) /  43 / 21 / 10 (wymi­ary podane przez orga­ni­za­to­ra). Oso­biś­cie miałem okazję sprawdz­ić się na trasie K‑B-L (107 km), prowadzącej od Kudowy Zdrój, przez Bar­do do Ląd­ka Zdro­ju. Ale po kolei ;-).

Na bieg zapisy­wałem się w okoli­cach czer­w­ca, kiedy jego dłu­gość miała jeszcze wynosić 90 km. Niedłu­go potem dys­tans wydłużył się do 93 km, by ostate­cznie zatrzy­mać się na 103 km. To stop­niowe wydłużanie było trochę niepoko­jące, ponieważ o ile 90 km to taki Rzeźnik plus trochę, przewyższenia praw­ie takie same, to jed­nak 103 km brzmi­ało już groźniej oraz straszyło więk­szą iloś­cią płas­kich, asfal­towych odcinków. Chwilowe wahanie przeła­mała mała ilość osób na liś­cie star­towej (ostate­cznie star­towało 117, byłem najmłod­szy), a także 2 kole­jne punk­ty do UTMB :-).

Do star­tu uda­je mi się namówić Łukasza (trenu­je­my razem), on z kolei przekonu­je Mać­ka i rusza­my. Wyjeżdżamy wiec­zorem w czwartek, nad ranem jesteśmy już w pen­sjona­cie. Krót­ka drzem­ka, odbier­amy paki­ety star­towe, jakaś piz­za i wresz­cie o 17:30 trafi­amy do autokarów mają­cych zaw­ieźć nas na start do Kudowy. Jesteśmy tam o 19:00, godz­inę przed planowanym startem;  trochę się roz­grze­wamy, drob­ny stretch­ing, wspólne odliczanie i startujemy.

Pier­wszy odcinek trasy (do Paster­ki, oko­lice 14 km) jest w miarę szy­b­ki: trochę asfal­tu, jed­no strom­sze pode­jś­cie i przy­jem­ny, dość trud­ny zbieg w okoli­cach 10 km uda­je mi się pokon­ać jeszcze w świ­etle dzi­en­nym. W miarę szy­bko spo­tykam Eligiusza, a ponieważ bieg­niemy podob­nym tem­pem postanaw­iam się przyłączyć (jak się później okaże, razem przekroczymy metę – dzię­ki i poz­draw­iam!). Sprawnie uwi­jamy się przy punkcie, po mniej więcej 20 sekun­dach zmierza­my już w stronę Szczeliń­ca, gdzie docier­amy już o zmroku. Tutaj uzu­peł­ni­amy bra­ki płynów (następ­ny punkt za 21 km), coś na ząb,  i przy ostat­nim blaskach dnia prze­b­ie­gamy wśród Błęd­nych Skał, zde­cy­dowanie najpiękniejszy etap trasy. Nieste­ty zaraz potem zaczy­na­ją się też moje prob­le­my z przyj­mowaniem poży­wienia, które prze­jdą dopiero na 80 km.

Już po ciemku dołącza­my do dwój­ki bie­gaczy. W kupie siła, aku­rat zaczy­na­ją się płask­ie odcin­ki, czas umil­amy roz­mową. Do punk­tu na 38 km uda­je się dotrzeć ide­al­nie – w tym miejs­cu zakładałem czas 5:00, jest 5:00 i 43 sekundy ;-). Nieste­ty później mis­tern­ie utkany plan trochę się posyp­ie. Tym­cza­sem zaczy­namy zde­cy­dowanie najm­niej przy­jem­ny odcinek – 20 km praw­ie nieustan­nie płasko i po asfal­cie. Zgod­nie chrzcimy te 20 km “parszy­wą dwudzi­estką”. W między­cza­sie czu­ję się coraz gorzej, kończę prze­zornie zabrany lis­tek (10 tabletek) węgla akty­wnego i zaczy­nam się “wlec”. Dwukrot­nie mylimy trasę, dopiero uświadomieni krzykiem innych zawod­ników korygu­je­my pomył­ki. Zaczy­namy także mijać coraz więcej uczest­ników Biegu 7 Szczytów, którzy wyruszyli na trasę 26h przed nami i mają o 120 km w nogach więcej. W okoli­cach 60 km zaczy­na się prze­jaś­ni­ać, po chwili docier­amy do punk­tu na 68 km. Entuz­jasty­cznie wita­my dłu­go wyczeki­wany koniec asfal­tu i płas­kich odcinków. Jest tutaj ciepły rosół, wresz­cie coś niesłod­kiego. Chwilę spędza­my na punkcie, po pię­ciu min­u­tach rusza­my dalej. Zaczy­na się ostrze­jsze pode­jś­cie, razem z nim dopa­da mnie fala kryzysów. Przes­ta­ję nadążać, na następ­ne 10 km zosta­ję sam. Próbu­ję zjeść cokol­wiek (bezskutecznie), zaczy­na dawać o sobie znać nieprzes­pana noc. Do punk­tu na 78 km docier­am led­wo żywy, postanaw­iam przes­pać się godzinkę. Wypraszam u wolon­tar­iuszy śpi­wór i kari­matę, zjadam trochę orzechów i rodzynek i zapadam w regen­er­a­cyjną drzemkę. Na szczęś­cie nie dane mi było pospać – po 10 min­u­tach na punkt wpada­ją Łukasz z Maćkiem, szy­bko staw­ia­ją mnie na nogi, ale przede wszys­tkim elek­tryzu­ją infor­ma­cją, że jestem na 1. miejs­cu w kat­e­gorii wiekowej. Więcej nie trze­ba – wyskaku­ję ze śpi­wo­ra i następ­ne 29 km praw­ie cały czas bieg­nę, by po 16h 22 min­u­tach ukończyć K‑B-L na 30 pozy­cji w klasy­fikacji gen­er­al­nej i (nieste­ty) 2. miejs­cu w kat­e­gorii wiekowej.

Pod­sumowanie: Jak do tej pory był to mój najtrud­niejszy bieg, noc spęd­zona w podróży przed startem też spec­jal­nie nie pomogła. Było dużo płas­kich odcinków, na których nieste­ty nie brakowało asfal­tu. Znakowanie trasy było dość dobre, jed­nak mimo wszys­tko ciem­no-czer­wony znacznik w biegu, który zaczy­na się o 20:00,  nie zawsze był widoczny. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – 2 punkt do UTMB więcej ;-).

K-B-L 02