Jak wygrać Nocną Masakrę

Nocna Masakra to dość ciekawa dla mnie impreza, więc gdy co roku gdy przychodzi grudzień, a z róznych przyczyn (głównie służbowych) nie mogę w niej wystartować, to czuję lekki niedosyt. To od Nocnej Masakry przed 4 laty zaczynałem moja taką poważniejszą przygodę z rajdami jak również pieszymi setkami, pamiętam jak wtedy po niemal 19 godzinach udało mi się w debiucie ukończyć NM i byłem nie dokońca zadowolony bo oczekiwania były większe. Podobnie i w tym roku, zdecydowałem się na start na trasie TM150 czyli tzw. ekstremalnej, faktem jest że coraz mniej osób zgłasza się na tego typu trasy i tegoroczna edycja to potwierdziła, ale po kolei.

Jak wsponiałem na forum to niestety nie przetrenowałem zbyt uczciwe ostanich tygodni, szczególnie jeśli chodzi o rower i miałem dość poważne obawy ale cóż, zgłoszenie poszło i trzeba było podjąć wyzwanie, poza tym zabrałem ze sobą Rafała kolegę z pracy który chciał debiutować w tego typu imprezie – facet trenuje triathlon i mieszkając ostatnie 3 lata w Niemczech robił naprawdę mocne wyniki w swojej kategorii.

Baza rajdu to Dębno, miejscowośc mi znana z maratonu, pogoda była nie najgorsza..a tak właściwie to super jak na tą porę roku, po krótkiej odprawie Daniel Śmieja rozdał mapy i miałem kilka minut na analizę i wybór wariantu. Szybkie spojrzenie na trasę pieszą (50km i 10PK – nasze były od 1 do 10 patrz mapa na stronie zawodów) i wszystko jasne zaczynam „od góry mapy” i lecę po dość oczywistych przebiegach z tym zamiarem aby z ostatniego PK dobieg do bazy zrobić na spokojnie i bez żadnych niespodzianek nawigacyjnych co pozwoli „na spokojnie” wskoczyć na rower.

Na początek PK5 na skraju lasu wchodzi bez żadnych kłopotów więc potem szybko PK 2 i 8 obydwa na skraju jeziorek więc nie powinno być kłopotu, na dwójce rzeczywiście spoko ale już ósemka mimo że oczywista powoduje około 10 minut straty a jednocześnie sygnał: „uwaga jesteśmy na trasie robionej przez Daniela więc…zachowaj czujność ;)”. Po tym punkcie lecimy dalej dość czujnie i bieżemy po kolei punkty 10 (tam lekka konsternacja bo PK jest na drugim brzegu rzeki a rzeczka ma z 10m szerokości i po wstępnym sprawdzeniu chyba ok. 2m głębokości ale znajdujemy leżący pień i mamy załatwioną rzekę na sucho) potem kolejno PK 3, 6, 9, 1 i 7 wszystkie praktycznie bez problemów namierzone i szybko zlokalizowane, w międzyczasie patrzę na Garmina i widzę że już zrobiliśmy ponad 50km a do mety jeszcze jeden punkt… no i kolega zaczyna mi trochę zwalniać ale jak sam przyznał w życiu nie przebiegł jednocześnie aż tylu kilometrów na raz. A więc lecimy na ostatni PK4 i tam na miejscu lekka konsternacja, punkt wydaje się oczywisty – szczyt pagórka, tylko pagórków kilka albo i więcej w okolicy, ciemno juz całkowicie a z mapy mi wynika że jesteśmy dorze natomiast punktu nie ma. Tracimy w tym miejscu ok. 30 minut, w końcu Rafał do tej pory systematycznie czeszący każdy pagórek po kolei krzyczy MAM..no i gitara jesteśmy w domu, jeszcze tylko jakieś 4-5km do bazy i będzie chwila odpoczynku. Po drodze Rafał coraz bardziej mi słabnie, okazuje się że chyba się odwodnił..rozglądamy się i… jest stacja paliw na obrzeżach Dębna, wpadam ja birę tradycyjnie Colę a Rafał w mgnieniu oka wciąga dwa półlitrowe Powerade i już jest OK, za kilkanaście minut jesteśmy w bazie. Wskazanie na Garminie – równe 60km i czas 7h54min, w tym ok. 40min straty ale i tak liczyłem że zrobimy szybciej trasę pieszą.

Po przepaku wskakujemy na rowery i naprzód i tutaj niestety skończyły się żarty a zaczęły schody: na początek omijamy PK4 na rozebranym torowisku (ja go nie widziałem a miał to być mostek) mordercza jazda bo luźnych kamieniach tak daje w kość że postanawiamy nie cofać się i lecimy dalej. A dalej nie jest lepiej, obrany wariant równał się ok. 2-3km w takim błocie że chyba tam straciliśmy większość sił, PK wchodzi bez problemów i decyzja; robimy długi przelot za Myślibórz, tam łapiej prosty PK i zbieramy kolejne a potem się zobaczy. Wszystko leci OK aż do ostatnich metrów dojazdu do PK1, tam chwila nieuwagi na rowerze i zaliczam groźnie wyglądający upadek (przy okazji Rafał jeszcze wjeżdża we mnie) pozbierałem się i patrzę – kolano masakra ale rower cały i to podstawa, zaliczmy PK i decyzja – lecimy w kierunku bazy bo moje kolano wygląda naprawdę paskudnie. Rafał zakłada mi opatrunek i ruszamy, po drodze zbieramy jeszcze PK8 i po 7h20min meldujemy się w bazie – licznik pokazuje 90km przejechane na rowerze. Ostatecznie okazuje się że to wystarcza aby wygrać trasę TM150..ale co byłoby gdyby było więcej uczestników i silniejsza konkurencja? Nie wiem, ale pomimo że się zarzekałem to za rok znów wracam na Nocną Masakrę i na trasę TM150 z tym samy założeniem: UKOŃCZYĆ CAŁOŚĆ W LIMICIE.